"Tlenowa przewaga" Patricka McKeowna, czyli sposób na lepsze życie, który nie istnieje. Recenzja.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce od mojej nauczycielki gry na saksofonie, byłam zaintrygowana. W tym czasie dużo trenowałam. Jadłam zdrowo. Wysypiałam się. A jednak miałam poczucie, że gdzieś istnieje jeszcze ten jeden brakujący element. Mała kropka nad i, która sprawi, że będę grała lepiej, trenowała skuteczniej, a moi klienci szybciej osiągną swoje cele.
Wiecie, jak to działa.
Zawsze może istnieć jeszcze jedna rzecz.
Jeszcze jeden sposób oddychania. Jeszcze jeden suplement. Jeszcze jedna technika. Jeszcze jeden parametr, który wystarczy poprawić, żeby cały skomplikowany organizm nagle zaczął działać jak dobrze naoliwiona maszyna.
Kupiłam więc Tlenową przewagę Patricka McKeowna.
A potem przeczytałam tekst z tylnej okładki i przez chwilę zastanawiałam się, czy dobrze widzę: „Ograniczaj wdychane powietrze”. Serio? Całe życie słyszę, żeby oddychać głęboko, otwierać klatkę piersiową i nabierać jak najwięcej powietrza, a tu ktoś proponuje coś zupełnie odwrotnego.
Zaczęłam czytać. I czytałam długo. Bo ponad rok.
Powrót do korzeni
Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie w tej książce zainteresowały, była próba spojrzenia na oddychanie z perspektywy ewolucji. To zresztą temat, który od dawna mnie fascynuje: co właściwie robimy inaczej niż ludzie, którzy żyli przed nami - i czy każda zmiana rzeczywiście oznacza postęp?
McKeown zwraca uwagę na sposób, w jaki współczesny styl życia wpływa na oddychanie. Stres, siedzący tryb życia, mniejsza aktywność fizyczna czy warunki, w których żyjemy, mogą zmieniać sposób, w jaki korzystamy z własnego ciała.
I tutaj trudno nie zatrzymać się na chwilę.
Bo być może problem nie polega wyłącznie na tym, jak oddychamy. Być może warto również zapytać, jak żyjemy. To różnica, która w przypadku tej książki wydaje mi się kluczowa.
Jedno rozwiązanie na wszystko
Autor proponuje przede wszystkim pracę nad sposobem oddychania: oddychanie przez nos, spokojniej, z mniejszą objętością powietrza i z wykorzystaniem ćwiczeń oddechowych. Sam pomysł jest interesujący. Interesujące jest również to, jak szerokie zastosowanie przypisuje mu autor. W kolejnych rozdziałach pojawiają się bowiem między innymi wyniki sportowe, odchudzanie, sen, układ oddechowy, serce, kontuzje i ogólne zdrowie.
I właśnie tutaj zaczęłam mieć problem.
Bo im dłużej czytałam, tym częściej wracało do mnie jedno pytanie: Czy naprawdę znaleźliśmy jeden element, który wyjaśnia tak wiele różnych problemów?
Oj, wizja jest kusząca, nie powiem, że nie.
Jeżeli źle śpimy - poprawmy oddech.
Jeżeli jesteśmy zmęczeni - poprawmy oddech.
Jeżeli chcemy lepiej trenować - poprawmy oddech.
Jeżeli chcemy schudnąć - również poprawmy oddech.
Człowiek staje się wtedy niezwykle prostym mechanizmem. Wystarczy znaleźć właściwy przycisk.
Tylko że człowiek zazwyczaj taki prosty nie jest.
Gdzie jest przyczyna?
Najbardziej interesujące w tej książce okazało się dla mnie więc nie to, czy autor ma rację we wszystkim. Bardziej zainteresowało mnie coś innego.
Dlaczego tak bardzo lubimy teorie, które obiecują jedno proste rozwiązanie wielu skomplikowanych problemów?
Dlaczego łatwiej uwierzyć, że nasze zmęczenie wynika z jednego błędu w oddychaniu, niż przyjąć, że może być wynikiem kilku miesięcy stresu, braku odpoczynku, siedzącego trybu życia, problemów ze snem, sytuacji życiowej albo wszystkiego naraz? To pytanie wydało mi się ostatecznie ciekawsze niż sama technika oddychania. Bo ciało nie istnieje w próżni.
Oddycha w określonych warunkach. Porusza się w określonym środowisku. Reaguje na stres, temperaturę, sen, relacje, sposób odżywiania, aktywność i brak aktywności.
Nie możemy oddzielić oddechu od człowieka, który oddycha.
A jednak coś z tej książki ze mną zostało
Mimo całego mojego sceptycyzmu zaczęłam wykonywać proponowane ćwiczenia. I zaczęłam zwracać większą uwagę na własny oddech. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie dlatego, że uwierzyłam w jedną cudowną metodę, a dlatego, że książka przypomniała mi o czymś prostszym:
możemy przez całe życie korzystać z własnego ciała, prawie w ogóle go nie zauważając.
Oddychamy automatycznie. Chodzimy automatycznie. Siedzimy, wstajemy, śpimy, napinamy mięśnie.
Dopiero kiedy coś zaczyna działać inaczej, nagle przypominamy sobie, że w ogóle mamy ciało.
Pomyślałam więc, że może warto czasem zatrzymać się przy czymś tak banalnym jak oddech tylko po to, żeby zauważyć, jak właściwie żyjemy we własnym ciele.
To chyba najciekawsza rzecz, jaką wyniosłam z Tlenowej przewagi - nie odpowiedzi a pytania:
Czy wszystko, co wydaje nam się naturalne, rzeczywiście takie jest?
I odwrotnie:
czy wszystko, co przedstawia się nam jako proste rozwiązanie, rzeczywiście rozwiązuje problem?