Wenecka - trener personalny

Upadła Madonna z Wielkim Cycem van Klompa

 

„Wspólne dobra”

 

Był początek XIX wieku, kiedy ludzie działający na zlecenie lorda Elgina zaczęli zdejmować i wywozić z ateńskiego Akropolu znaczną część zachowanej dekoracji rzeźbiarskiej Partenonu. Działo się to przede wszystkim w latach 1801–1812. Rozdzielono całość, która przecież nie była przypadkowym zbiorem efektownych marmurów, lecz elementem konkretnej budowli, stworzonej w konkretnym miejscu i opowiadającej określoną historię.

Dziś British Museum posiada 17 figur z przyczółków Partenonu, 15 metop oraz około 75 metrów ze 160-metrowego fryzu. Pozostała część zachowanych rzeźb znajduje się w Atenach, przede wszystkim w Muzeum Akropolu.

Tu zaczyna się problem.

British Museum od lat stoi na stanowisku, że rzeźby zostały legalnie pozyskane przez lorda Elgina za zgodą ówczesnych władz osmańskich, a później zgodnie z prawem zakupione przez brytyjski parlament. Grecja kwestionuje jednak zarówno zakres tej zgody, jak i samo prawo Elgina do usuwania elementów z budynku Partenonu. Co więcej, oryginalny osmański firman, na który przez lata się powoływano, nie zachował się, a charakter istniejącej dokumentacji jest przedmiotem sporu historyków i prawników.

A poza wszystkim innym pozostaje rzecz dość podstawowa: Grecja nie była wtedy niezależnym państwem. Ateny znajdowały się pod panowaniem Imperium Osmańskiego. To trochę tak, jakbyśmy dziś uznali, że wszystko, co zostało wywiezione z ziem polskich podczas zaborów, może spokojnie zostać tam, dokąd trafiło, jeśli tylko zgodę wyraziła administracja państwa zaborczego. Mocny take.

Grecja od dziesięcioleci domaga się ponownego połączenia rzeźb Partenonu w Atenach. Formalny wniosek o ich zwrot złożyła już w 1983 roku. British Museum mówi natomiast o wspólnym dziedzictwie ludzkości, partnerstwie i możliwości długoterminowych wypożyczeń. Grecja wciąż mówi o trwałym powrocie rzeźb jako jedynej drodze do rozwiązania sporu, podczas gdy dyrektor muzeum Nicholas Cullinan również w 2026 roku wskazuje model wypożyczeń jako możliwą drogę porozumienia. Żeby nikt nie ucierpiał.

Naprawdę? A czy przypadkiem jedna ze stron już nie ucierpiała? I kto właściwie jest właścicielem historii? Państwo? Muzeum? Ten, kto pierwszy wyniósł ją z domu?

Zdaję sobie sprawę, że użycie słów takich jak „repatriacja”, „restytucja”, „zwrot” albo nawet „grabież” nie jest niewinne. Za słowami idą konsekwencje.

Jeśli instytucja przyzna, że jakiś przedmiot powinien zostać zwrócony, natychmiast pojawia się pytanie: a co z następnym? I następnym? I jeszcze następnym? 

Nie twierdzę, że po przeprowadzeniu wielkiej światowej restytucji British Museum, Luwr czy Metropolitan Museum of Art nagle stałyby puste. To efektowna figura retoryczna, ale nie fakt. Na pewno jednak wyglądałyby inaczej. Pojawiłyby się pytania o setki tysięcy obiektów: o to, jak zostały pozyskane, w jakich okolicznościach, na podstawie czyjej zgody i w warunkach jakiej nierównowagi politycznej.

Dochodzimy do sedna problemu. Otóż legalność nie zawsze oznacza sprawiedliwość.

 

Powrót Brązów z Beninu

 

Pod koniec 1896 roku James Phillips, pełniący funkcję brytyjskiego urzędnika w Protektoracie Wybrzeża Nigru, wyruszył w stronę Benin City. Oficjalnym celem wyprawy miały być rozmowy z Obą Ovonramwenem dotyczące między innymi handlu i relacji z Brytyjczykami. Problem w tym, że Phillips wcześniej zwracał się do swoich przełożonych również o zgodę na znacznie bardziej zdecydowaną akcję przeciwko władcy Beninu. Nie czekając na odpowiedź, ruszył wraz z ośmioma innymi Europejczykami i około dwustoma–dwustoma pięćdziesięcioma afrykańskimi tragarzami i pracownikami.

Oba prosił, by delegacja zaczekała. Trwało właśnie święto Igue i zgodnie z lokalnymi zwyczajami nie mógł przyjąć cudzoziemców. Phillips ruszył dalej. 4 stycznia 1897 roku jego grupa została zaatakowana przez siły Beninu. Z dziewięciu Europejczyków przeżyło dwóch; zginęło lub zostało pojmanych również wielu afrykańskich uczestników wyprawy.

Brytyjska odpowiedź była błyskawiczna. W lutym około tysiąca dwustu żołnierzy, marynarzy i członków sił kolonialnych pod dowództwem admirała Harry’ego Rawsona zaatakowało Królestwo Beninu. 17 lutego zdobyto Benin City. Miasto splądrowano i częściowo spalono, a z królewskiego pałacu zabrano tysiące przedmiotów z brązu, mosiądzu, kości słoniowej i innych materiałów. Dziś nazywamy je zbiorczo Brązami z Beninu.

Trafiły do muzeów i prywatnych kolekcji w Wielkiej Brytanii, Niemczech i wielu innych państwach. Ponad sto lat później część zaczęła wracać.

W 2022 roku Niemcy i Nigeria podpisały porozumienie dotyczące zwrotu Brązów z Beninu. W niemieckich zbiorach znajdowało się ich ponad tysiąc, a poszczególne muzea zaczęły formalnie przekazywać Nigerii prawa własności do swoich kolekcji. Sama Fundacja Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego przekazała prawa własności do pięciuset dwunastu obiektów.

I tutaj wydarzyło się coś, co powinno wydarzyć się wszędzie: Niemcy nie powiedzieli: „takie były czasy”. Powiedzieli: to było złe. Kropka. Niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nazwało grabież wprost grabieżą i stwierdziło, że źle było zarówno zabrać te przedmioty, jak i przetrzymywać je przez kolejne sto dwadzieścia lat.

Da się.

 

Każdy bierze, ile uniesie, czyli o Pompejach

 

Pod koniec XVI wieku architekt Domenico Fontana prowadził kanał przez teren zasypanych Pompejów i natrafił między innymi na pozostałości antycznych budowli i inskrypcje. Nie rozpoczęło to jednak systematycznych badań miasta. W 1738 roku zaczęto prowadzić wykopaliska w Herkulanum, a dziesięć lat później, w 1748 roku, rozpoczęto prace na terenie dzisiejszych Pompejów. Dopiero w 1763 roku ostatecznie potwierdzono, że odkrywane miasto to właśnie Pompeje.

Nie powiedziałabym więc, że archeologia „narodziła się dzięki Pompejom”. To trochę zbyt daleko idące stwierdzenie. Ale Pompeje i Herkulanum miały gigantyczne znaczenie dla rozwoju zainteresowania starożytnością, metod wykopaliskowych i późniejszej archeologii jako dyscypliny.

Początki tych badań miały zresztą niewiele wspólnego z tym, co dzisiaj uznalibyśmy za archeologię. Szukano rzeczy efektownych: posągów, mozaik, przedmiotów, które można było zabrać do królewskich pałaców i kolekcji. Kontekst? No cóż. Kontekst jeszcze długo nie był głównym bohaterem tej historii.

Ile od tego czasu zabrano z Pompejów? Trudno powiedzieć. Jeszcze trudniej policzyć, ile zabrano ze wszystkich innych włoskich stanowisk.

Pompeje i pozostałe stanowiska archeologiczne Italii są jednak również świetnym przykładem tego, że proceder nie skończył się wraz z dziewiętnastowiecznymi kolekcjonerami. Włoski oddział Carabinieri Tutela Patrimonio Culturale do dziś odzyskuje obiekty pochodzące z nielegalnych wykopalisk, kradzieży i przemytu.

W 2025 roku z Wielkiej Brytanii wróciło do Włoch sześć takich obiektów: między innymi rzymska inskrypcja nagrobna, etruska figurka Heraklesa, rzymski brąz przedstawiający siedzące dziecko oraz naczynia pochodzące z nielegalnych wykopalisk. W tym samym roku Carabinieri przekazali muzeum w Umbrii ponad dwa tysiące obiektów odzyskanych w ramach śledztwa dotyczącego rozległej sieci nielegalnych wykopalisk i handlu zabytkami, prowadzącej między innymi do Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Serbii.

Zabytek naprawdę bardzo łatwo zamienia się w towar.

 


Strzeż się psa w Kórniku

 

Wróćmy na chwilę do Polski.

W Zamku w Kórniku pod Poznaniem znajduje się rzymska mozaika z I wieku naszej ery przedstawiająca psa — typ cave canem, „strzeż się psa”. Oficjalny przewodnik Biblioteki Kórnickiej podaje wprost, że pochodzi ona z Pompejów i została przywieziona z Italii przez Izabelę i Jana Działyńskich.

Pierwotnie pomyślałam, że tak oto wyglądała historia podróży mozaiki:

- Janie, podoba mi się, ładnie by wyglądało w salonie. Ty łap za przód, ja za tył i zaniesiemy na statek.

Tyle że historia, jak zwykle, okazuje się bardziej interesująca od dowcipu. W Bibliotece Kórnickiej zachowały się bowiem rachunki, listy i materiały dotyczące włoskich zakupów Jana Działyńskiego z lat 60. XIX wieku. Badacze potwierdzają jego aktywność kolekcjonerską i zakupy antyków we Włoszech.

Czy to automatycznie odpowiada na każde pytanie dotyczące pochodzenia konkretnej mozaiki? Nie. Ale oznacza, że nie mogę uczciwie napisać, że „dokumentów nikt nam nie pokaże”. Jakieś są.

I problem robi się ciekawszy niż nam się wcześniej wydawało.

Bo co właściwie znaczy „kupić” zabytek w XIX wieku? Od kogo? Na podstawie jakiego prawa? Czy sprzedający rzeczywiście miał prawo go sprzedać? Czy wcześniej wyjęto go ze stanowiska archeologicznego zgodnie z ówczesnymi przepisami? Czy jego dokładne miejsce znalezienia zostało zapisane? 

Może wszystko odbyło się legalnie. Może nie. Ale właśnie tego powinniśmy chcieć się dowiedzieć. Nie wystarczy powiedzieć: stoi w muzeum, więc najwyraźniej wszystko jest w porządku.

 

Allo Allo

 

Widzę światło w tunelu. I oto historia niemal komediowa. 

W lipcu 2025 roku do Włoch wróciła rzymska mozaika erotyczna wywieziona podczas II wojny światowej przez kapitana Wehrmachtu. Oficer przekazał ją później znajomemu w Niemczech, a spadkobiercy tego człowieka zdecydowali się oddać obiekt państwu włoskiemu.

Ponieważ nie było wiadomo, skąd dokładnie pochodziła, mozaikę przekazano początkowo do Parku Archeologicznego w Pompejach. Pasowała. Styl się zgadzał, technika się zgadzała. Wszyscy zadowoleni.

A potem archeolodzy zaczęli ją badać.

W marcu 2026 roku włoskie Ministerstwo Kultury ogłosiło, że mozaika wcale nie pochodziła z Pompejów. Badania doprowadziły do rzymskiej willi w Rocca di Morro w Marche, w gminie Folignano. Co więcej, udało się znaleźć informacje potwierdzające obecność mozaiki właśnie tam już pod koniec XVIII wieku.

Znasz ’Allo ’Allo!? No właśnie. Brakuje już tylko Upadłej Madonny z Wielkim Cycem van Klompa.

Ta historia jest doskonałym przykładem dokładnie tego, o czym piszę, na co chcę Cię uwrażliwić podczas każdego kolejnego zwiedzania. Usunęliśmy przedmiot z miejsca. Po kilkudziesięciu latach nie wiedzieliśmy już, skąd właściwie pochodzi. I musieliśmy tę historię odtwarzać od początku. Tu się udało, ale czy zawsze się udaje?

 


Złodziej czy nie?

 

Porozmawiajmy o złodziejstwie.

Można powiedzieć, że przesadzam. Że takie były czasy. Że nie możemy osądzać dziewiętnastowiecznych kolekcjonerów według norm obowiązujących w XXI wieku.

I częściowo się z tym zgadzam. Historyk powinien próbować zrozumieć ludzi w ramach ich własnej epoki. Ale my nie rozmawiamy wyłącznie o tym, czy lord Elgin w 1801 roku uważał swoje działania za właściwe. Rozmawiamy o tym, co my robimy z ich konsekwencjami w 2026 roku. Dla mnie to zupełnie inne pytanie.

Wiele rzeczy było kiedyś legalnych. Niewolnictwo było legalne. Praca dzieci była legalna. Kobiety przez stulecia nie miały praw, które dziś uznajemy za oczywiste. Nie oznacza to, że dzisiaj patrzymy na skutki tych systemów i mówimy: „No cóż. Takie były czasy. Kontynuujmy tak dziś. Nic się nie stało”.

Dlaczego więc w przypadku zabytków legalność sprzed dwustu lat miałaby automatycznie zamykać rozmowę o moralności dzisiaj?

Czy moralność ma datę ważności? Czy jest ograniczona do jednego tematu? Jesteśmy moralni względem ludzi, którzy teraz żyją, a nie możemy być moralni względem twórców, właścicieli, którzy żyli wcześniej? 

Nie spina mi się to.

 

Do kogo należy pamięć?

 

Na koniec chciałabym Cię zaprosić do rozważań w temacie, dla mnie równie ważnym: 
Ile zostaje z zabytku, kiedy zabierzemy mu miejsce?

Sama bezskutecznie poszukuję artefaktów wywiezionych po wykopaliskach, o których piszę w swojej książce. Nikt nie wie. Nikt nie pamięta. I żeby było jasne: nie pytam Józka spod sklepu. Pytam urzędy, muzea, instytucje.

Gdzieś są. Tylko gdzie?

Problem przestaje być dla mnie wyłącznie sporem o własność. Bo przedmiot archeologiczny nie jest tylko rzeczą. Kiedy wyrywamy go z kontekstu, tracimy część pamięci. Nie wiemy już dokładnie, gdzie leżał, w której warstwie i co znajdowało się obok. Czy był w kuchni, świątyni, grobie czy latrynie. Czy ktoś go zgubił, wyrzucił, ukrył albo pozostawił celowo. Kto go używał i do czego.

W archeologii te informacje czasem są ważniejsze niż sam przedmiot. Bez nich zostaje „ładna rzymska mozaika”, „brązowa figurka”, „fragment ceramiki”, „marmurowa głowa”. Piękne rzeczy w gablocie.

Archeolodzy próbują później skleić ich historię z katalogów, starych fotografii, rachunków, analogii, badań materiałowych i przypadkowo odnalezionych dokumentów. Czasem się udaje, tak jak z mozaiką, która przez chwilę była pompejańska, dopóki nie przestała nią być. Czasem nie.

Czy pytanie o restytucję zabytków nie jest większe niż: do kogo należy ten przedmiot?

Czy nie powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie do kogo należy pamięć, którą ten przedmiot ze sobą niesie i ile tej pamięci zostaje, kiedy rzecz zostaje wyrwana z miejsca?